10 gru 2009

Ostatnie dynie sezonu

Jeśli chcemy wiedzieć, co jest akurat najlepsze w sezonie musimy iść na targ warzywny. Od dawna kieruję się zasadą, żeby kupować to co jest w danym miesiącu najtańsze, najładniejsze i jest sprzedawane przez największą liczbę pań i panów.
Na moim targu dostępne są jeszcze ślicznie pomarańczowe dynie. Niestety obawiam się, że grudzień to ostatni miesiąc dyniowego prosperity. Następna okazja - październik 2010.
Zawsze wybieram dynię ciemno-pomarańczową, odmiany o bladym miąższu wydają mi się bez smaku.

Salaka z pieczonej dyni

2 - 3 osoby

500 g miąższu dyni, pokrojonego (kwadraciki ok. 3x3 cm)
oliwa z orzechów włoskich
100 g sera pleśniowego (ja użyłam niebieskiego Lazura)
garść orzechów laskowych
garść obranych pistacji
1 łyżka miodu (wielokwiatowego)
suszony tymianek
sól
pieprz

Piec nagrzać do temperatury 180 stopni.
W naczyniu żaroodpornym ułożyć dynię, posypać ją tymiankiem (rozcierając w dłoniach), posolić, popieprzyć. Skropić oliwą z orzechów włoskich.
Piec aż dynia będzie miękka (ok. 25 minut).
Orzechy oraz pistacje lekko rozbić (np. w moździerzu), uprażyć na suchej patelni. Pod koniec prażenia dodać łyżkę miodu, wymieszać, aby miód ładnie obkleił orzechy.
Jeszcze ciepłą dynię posypać orzechami oraz pokrojonym na małe kawałeczki serem.

9 gru 2009

Kutia

Polecam odrobinę szaleństwa przy robieniu kutii. Ja np. zalałam pszenicę wrzątkiem na noc. Niestety zapomniałam o niej zupełnie następnego dnia rano i zabrałam się za robienie dania dopiero wieczorem (czyli pszenica moczyła się ok. 17 h).
Efekt: mięciutką pszenicę miałam już po 20 minutach gotowania (a nie 3 - 4 godzinach).
Bakalie też należy dodawać zgodnie z własnym upodobaniem, a nie przejmować się przepisami.
Nie polecam za to gotowania maku w mleku, można przypalić garnek (jak ja oczywiście).
Kiepskim pomysłem jest też próba przemielenia maku ręcznym mikserem...no chyba, że lubicie wyciągać ziarna maku spod powiek....

Jaki komentarz usłyszałam podając tą pyszną, nie za słodką kutie?
"Bardzo dobra, ale makiełki są lepsze!"
?!?
Wrryy...To jest właśnie to co kucharz chce usłyszeć po 2 godzinach ciężkiej pracy w kuchni.
No i co to są makiełki?!



Kutia

porcja bożonarodzeniowa (8 osób lub więcej)

1 szklanka pszenicy "na kutię"
1 szklanka maku
5 dag rodzynek (wcześniej sparzonych)
5 dag płatków migdałowych
5 dag orzechów laskowych rozbitych w moździerzu
5 suszonych daktyli, pokrojonych
4 łyżki miodu
2 łyżki cukru pudru
skórka z 1/3 cytryny
mleko do zalania maku

Pszenicę dobrze wypłukać, zalać na noc wrzątkiem. Odsączyć, zalać nową porcją wody, gotować, aż pszenica będzie miękka. Odcedzić, ostudzić.
Mleko zagotować, zalać nim mak. Odstawić na 30 minut. Mak odcedzić, zalać wrzątkiem i gotować, aż mak będzie można rozetrzeć między palcami. Mak odcedzić, ostudzić. Utrzeć w makutrze (ja tarłam 20 minut, z przerwą na próbę miksowania blenderem ręcznym:)).
Mak połączyć z pszenicą, dodać bakalie. W szklaneczce rozpuścić miód, dodać do kutii. Na koniec dodać skórkę z cytryny i cukier puder.
Przechowywać w lodówce do dwóch dni. Pewnie można dłużej, ale się nie dowiemy, bo tak szybko znika.

8 gru 2009

Kaczka confit

2 osoby

2 nogi kacze
1 litr oleju rzepakowego (lub tłuszczu kaczego bądź gęsiego, jeśli ktoś posiada takowy)
1 główna czosnku
3 łyżeczki soli morskiej
4 łyżeczki suszonego tymianku
2 złamane liście laurowe
ziele angielskie
gałązka rozmarynu

Sól rozetrzeć z 3 ząbkami czosnku i tymiankiem. Natrzeć tą suchą marynatą udka, odstawić na 12 godzin (a przynajmniej na 2 h).
Zamarynowane udka przełożyć do garnka, zalać tłuszczem, dodać ziele angielskie, liście laurowe i rozmaryn. Wrzucić pozostałe ząbki czosnku (nie obrane, ale lekko rozgniecione drewnianą łyżką).
Gotować na małym ogniu ok. 1,5 godziny.
Piec nastawić na 180 stopni, włożyć udka na 5-10 minut w celu przyrumienienia ładnie udek.

Można podawać z białą fasolką (przepis poniżej) lub z gratin dauphinos (zapiekane ziemniaczki po francusku).

Fasolka z warzywami

2 - 3 osoby

puszka białej fasolki
marchewka
kawałek selera
cebula
1 ząbek czosnku
koncentrat pomidorowy
2 goździki
złamany na pół liść laurowy
ziele angielskie
oliwa

Cebulę i czosnek drobno posiekać, marchewkę i seler pokroić w plasterki.
1,5 łyżki koncentratu pomidorowego rozcieńczyć w 1 małej szklance wody.
1 łyżkę oliwy podgrzać, wrzucić warzywa, podsmażyć 5 - 7 minut, mieszając od czasu do czasu. Dodać rozcieńczony koncentrat, przyprawy, zagotować.
Przełożyć do naczynia żaroodpornego, dodać fasolkę.
Zapiekać pod przykryciem ok. 1 h w temp. 180 stopni. Pod koniec ściągnąć przykrywkę, chwilkę zapiekać. W tym momencie można też posypać bułką tartą i zapiekać, aż bułka się zrumieni (niestety nie miałam w domu ani bułki tartej ani czerstwego chleba).

7 gru 2009

Błyskawiczny makaron



2 osoby

250 g krótkiego makaronu
150 g obranych orzechów włoskich
1 duży pęczek natki pietruszki
pół kostki masła
1 duży ząbek czosnku
świeżo zmielona sól, pieprz
parmezan

Makaron ugotować al dente, odcedzić.
Kiedy makaron się gotuje orzechy uprażyć na suchej patelni, posiekać.
W misce wymieszać masło z wyciśniętym (przez praskę) czosnkiem, solą, pieprzem, ciepłymi orzechami i posiekaną natką.
Jeszcze gorący makaron przełożyć do miski, wszystko razem dobrze wymieszać. Posypać świeżo tartym parmezanem.
Czas wykonania - 10 minut. Pyszne, ale bardzo kaloryczne.

3 gru 2009

Przewodnik Kulinarny - Kotlina Kłodzka cz. I


Zwiedzając Kotlinę Kłodzką dawno, dawno temu (czyli prawie 3 lata temu) po raz pierwszy pomyślałam o napisaniu bloga. Nie miał to być blog kulinarny, tylko przewodnik dla ludzi takich jak ja - lubiących dobrze zjeść, nie wydając od razu majątku.
Kotlina Kłodzka okazała się miejscem zaskakującym, zupełnie nie spodziewałam się tak pięknych widoków, budynków i jedzenia. Do dziś wspominam niektóre smaki i zastanawiam się kiedy ją ponownie odwiedzę.

Tuż po powrocie z wyjazdu napisałam post o pierogach. Nigdy go nie opublikowałam, schował się gdzieś na długie lata w czeluściach mojego dysku C. Teraz go odkopałam:) Jest troszkę przydługi, ale nie chcę go zmieniać. Oto i on:

Jakby ktoś mnie zapytał o najlepsze pierogi ruskie to bez zastanowienia odpowiem – Bystrzyca Kłodzka! To znaczy wcześniej przejdzie mi na myśl moja Babcia – oh co za pierogi – takie duże, podłużne, nie najlepiej sklejone (nazwałabym je rozlazłymi), z przepysznym farszem, taki w którym widać każdą grudkę serka i ziarnko pieprzu – mniam. Były to pierogi królewskie!
No cóż, rozmarzyłam się, wiec może jeszcze dodam, że zawsze jadaliśmy je na białych talerzach, w kuchni Babci, polane duża ilością stopionego masełka (smażoną cebulkę, bułkę tartą czy też podpieczoną kiełbaskę nauczyłam się dodawać dopiero na studiach).
Wracają do najlepszych pierogów w Polsce (poza babcinymi, podejrzewam, że bezwątpliwymi zwycięzcami dla każdego)... Bystrzycę Kłodzką – miasteczko, które nazywam zapomnianym przez Boga (mam nadzieję, ze nikt się nie obrazi, naprawdę mi się tam podobało) odwiedziliśmy w tym roku w trakcie długiego weekendu majowego. W pierwotnych planach miało to by nasze docelowe miejsce podróży, gdyż w starym jak świat przewodniku Pascala („Weekend po Polsce”, czy coś takiego) zobaczyłam śliczny rysunek Bystrzyca – widok od strony rzeki. Ostatecznie nocowaliśmy w innych miejscowościach, ale Bystrzycę odwiedzić musieliśmy. W Kłodzku wsiedliśmy do pociągu pośpiesznego do Międzyrzecza (niestety tam nie dojechaliśmy, a szkoda, bo pewnie jest to kolejne rewelacyjne miejsce), po godzince wysiadka w Bystrzycy. Od razu zorientowaliśmy się, że to zupełnie coś innego niż się spodziewaliśmy. Przy dworcu natknęliśmy się na Muzeum Filumenistyczne. Dla ignorantów, takich jak ja, wyjaśnię, że jest to muzeum zapałek. Polecam - ogromna ekspozycja pudełek, zapalniczek, krzesiw, umiejscowiona na końcu świata. Dodatkowo można tam kupić prześliczne pudełka z zapałkami na prezent. Usatysfakcjonowani niespodzianką poszliśmy zwiedzać to intrygujące miasto. Wyglądało jakby tam się nic nie zmieniło, dajmy na to od lat 60-tych. Średniowieczna brama stoi w sąsiedztwie bloku z lat głębokiego PRLu, na ulicach gromadki brudnych dzieci bawią się obok mafijnego BMV. Na rynku plac, ratusz, wieża widokowa i tylko jedna restauracja, zdecydowanie nie w naszym stylu. Udaliśmy się wiec w najbardziej tajemnicze zakamarki, czyli bramy i podwórza. Przy ulicy Okrzei (chyba – jedna z dwóch odchodzących od rynku w kierunku muzeum) wpadliśmy do baru na pierogi. Zamówiliśmy podwójną porcję. Dokładnie o 14:03 zorientowaliśmy się, że nasz pociąg jest o 14:08, a nie jak sądziliśmy o 14:38. Poprosiłam panią o szybkie spakowanie pierogów i biegiem na stację. Tak więc najlepsze pierogu w Polsce jedliśmy w pociągu relacji Bystrzyca Kłodzka – Wrocław, przy użyciu jednej tylko plastikowej łyżeczki (o dziwo wpakowałam ją do plecaka wcześniej razem z jogurtem). Pierogi były standardowej wielkości, fachowo sklejone z bardzo wyrazistym farszem (to co lubię czyli widoczne ziarenka pieprzu). Nie jestem najlepsza w opisywaniu smaków, ale zapewniam, że lepszych nie jadłam. Cebulka – idealnie podsmażona, farsz zbity, ciasto delikatne, nic bym nie zmieniła. Muszę w ogóle przyznać, że Kotlina Kłodzka chyba powinna być uznana „małą ojczyzną” pierogów ruskich, zarówno w Kłodzku, jak i w Dusznikach jedliśmy wyśmienite.


2 gru 2009

Nowy nabytek

Wczoraj odebrałam na poczcie moją nowiutką, śliczniutką makutrę. Wcześniej nie miałam makutry, w ogóle jestem ignorantką w sprawach cukierniczych.
Jestem bardzo podekscytowana. Uważam, że jest idealna. Piękna ceramika, śliczne rownki w środku, pękata, a jednocześnie zgrabna.



W sobotę spróbuję zrobić moją pierwszą kutię (musze poćwiczyć przed Świętami).
U mnie w domu na Boże Narodzenie nie przyrządza się kutii, ale w Podkarpackim jest ona typowym daniem wigilijnym i miałam przyjemność kosztować ją zawsze odwiedzając w tym okresie moje koleżanki z podstawówki. Tak więc kutia kojarzy mi się z dzieciństwem i z moim ambitnym planem, że jak tylko sama będę szykować kolację wigilijną to wprowadzę kutię do repertuaru na stałe.
W tym roku po raz pierwszy spędzam Święta poza domem rodzinnym, w Krakowie. Wigilia co prawda nie będzie u nas, ale każdy ma przynieść jakąś potrawę. Ja postanowiłam przynieść kutię i bezczelnie twierdzić, że to moja tradycja!
Aby wyszło bardziej realistycznie kutia musi być dobra. Tak więc mam całe 3 tygodnie na eksperymenty, aż dzięki różnym proporcjom składników w końcu uzyskam kutię mojego dzieciństwa.
A ponieważ jestem tradycjonalistką to sama utrę mak. W mojej makutrze:)
Trochę się tego przedsięwzięcia obawiam, więc myślę, że zabiorę się za to dopiero w sobotę.
Karol, trzymaj kciuki!

* zdjęcie pochodzi z serwisu Allegro, na którym zamówiłam moją śliczną makutrę. Mój aparat znowu odmówił posłuszeństwa

1 gru 2009

Kurczak po tajsku

Tak naprawdę to nie wiem jak smakuje kurczak po tajsku. Nie miałam jeszcze przyjemności spróbować prawdziwej tajskiej kuchni. Mam nadzieje te braki nadrobić w najbliższej przyszłości (może w zbliżające się urodzinki).
Przepis ten jest moją bardzo luźna wersją przepisu Kurta Schellera kaczki po tajsku (stąd nazwa). Możemy danie też nazwać Kurczakiem w mleczku kokosowym, albo Kurczakiem na ostro.

Kurczak po tajsku

4 osoby

filet (podwójny) z kurczaka
1 marchewka
1 por (tylko biała część)
kawałek selera
1 bakłażan
1 cebula
1 źdźbło trawy cytrynowej
1 - 1,5 puszki mleczka kokosowego
2 łyżki czerwonej pasty curry
przyprawa 5 smaków
olej z ryżu
oliwa

Bakłażan pokroić w kostkę, podsmażyć na oliwie (długo, jak to z bakłażanem), odcedzić z tłuszczu na papierowym ręczniczku.
Wszystkie pozostałe warzywa pokroić w cienkie paseczki, a kurczaka w większe paski.
W woku podgrzać 1 łyżkę oleju, wrzucić kurczaka. Podsmażyć, aż się ładnie zrumieni.
Dodać cebulę, trawę cytrynową, marchew, pora i selera. Podsmażyć 2 minutki.
Przyprawić czerwoną pastą curry i szczyptą przyprawy 5 smaków. Zalać mlekiem kokosowym, gotować w nim, aż warzywa zmiękną a kurczak nie będzie surowy.
Podawać z ryżem basmati.